M Jak Miłość
dla telefonu Alcatel
Kod: AP795190NUV
Aby otrzymać polifoniczne dzwonki M Jak Miłość - melodia z serialu wyślij sms o treści AP795190NUV pod numer 7428
Aby wysłać do znajomego: Wyślij sms o treści +48xxxxxxxxx:AP795190NUV na numer 7428
Cena SMSa wynosi 4 pln (4.88 pln z VAT).

Usługa polifoniczne dzwonki dostępna na telefony Alcatel: OT 715, OT 525, OT 512, OT 511, OT 332,
Powered by Wapster.pl Reklamacje: wapster@wapster.pl | Aby skorzystać z tej usługi musisz mieć skonfigurowany telefon do połączeń z WAP.
Wierszyk...
Na ulicy Czterech Wiatrów Niedaleko Bonifratrów Do zachodnich ścian przytyka Sklep Magika Mechanika. Sklep ten zawsze jest zamknięty, Lecz przez okno wystawowe Widać różne dziwne sprzęty, Różne częś""""""""""""""""""ci metalowe, Tajemnicze instrumenty, Automaty, lalki, skrzynki, Nakręcane katarynki, Śpiewające psy i świnki. Z głębi sklepu znad stolika Patrzą oczy Mechanika. Widać jego twarz niemłodą, Okoloną rudą brodą, Duże uszy, nos spiczasty I krzaczaste brwi jak chwasty Całe noce Magik siedzi Pośród zwojów drutu z miedzi, Warzy zioła, praży kwasy I uciera kuperwasy. Kto zobaczy Mechanika, Tego zaraz lęk przenika, Ten ucieka od wystawy, Choćby nawet był ciekawy. Dnia pewnego w październiku Napłynęło chmur bez liku, Runął wicher porywiście, Poleciały żółte liście, Zaciemniły się błękity, Zgęstniał mrok niesamowity. Snadź żałosny śpiew jesieni Albo napływ nocnych cieni, Albo gwiazd zupełny zanik Sprawił właśnie, że Mechanik Usnął nagle przy stoliku Dnia pewnego, w październiku. Spał jak kamień. A tymczasem Drzwi rozwarły się z hałasem I ze sklepu na ulicę W noc, w jesienną nawałnicę Wybiegł z chrzęstem jeż stalowy Miał przyłbicę zamiast głowy, Od przyłbicy aż po pięty W stal hartowną był zaklęty. Miał też pancerz - z każdej strony Mnóstwem igieł najeżony, Nadto miecz ze stali twardej, Tarczę tudzież halabardę. Jeż przez chwilę nasłuchiwał, Coś wspominał, coś przeżywał. Spojrzał w noc październikową I zacisnął pięść stalową. W krąg ulica była pusta. Mrok narastał, wiatr nie ustał, Deszcz jesienny w szyby chlustał. Co się stało, to się stało, Widać tak się stać musiało, Jeż więc naprzód ruszył śmiało, Pędził w dal opustoszałą, Pod murami się przemykał I w zaułkach ciemnych znikał. A gdy biła jedenasta, Jeż opuścił mury miasta. Minął sady i ogrody, Przebiegł szybko gaik młody, Aż wydarłszy się zawiei Jeż stalowy dopadł kniei. Tu odetchnął. Leśne zmory W dziuplach jadły muchomory, W opuszczonym jarze strzygi Odprawiały na wyścigi Swoje pląsy i podrygi, Wiedźmy spały w gniazdach wronich, Sowy piały, a koło nich, Wyskoczywszy na wierzchołek, Na piszczałce grał Dusiołek. Jeż przez chwilę odpoczywał, Coś wspominał, coś przeżywał, Lecz niebawem ruszył dalej, Budząc wiedźmy chrzęstem stali. Brzask od wschodu jaśniał złudnie, A Jeż zdążał na południe, Stanął właśnie na polanie, Gdy znienacka, niespodzianie Ujrzał tam, gdzie rzednie knieja, Czarodzieja Babuleja. Miał Babulej łeb jak skała, Z nozdrzy para mu buchała, Wylatywał ogień z gęby, Miał ramiona jak dwa dęby, Każdą nogę miał jak wieża. Gdy się ocknął, spostrzegł Jeża. Był Babulej tak potężny, Że Jeż mężny i orężny Zbladł - o ile jeże bledną, Ale to jest wszystko jedno. Rzekł Babulej: "Hej, rycerzu, Hej, stalowy dzielny Jeżu, Jaka moc i jaka władza Do tej kniei cię sprowadza? Czy przybywasz do mnie w gości, Czy chcesz zabrać moje włości, Czy też cel masz niedościgły, Aby we mnie wbić swe igły?" Jeż zawołał: "Dobrodzieju, Czarodzieju Babuleju, Od przyłbicy aż po pięty Jam stalowy Jeż - zaklęty Przez Magika Mechanika - I wprost żałość mnie przenika, Kiedy patrzę na mą zbroję, Na stalowe igły moje. Twoja mądrość jest bez miary, Powiedz, jak mam zrzucić czary? Dokąd iść mam? Wskaż mi drogę, Bo tak dłużej żyć nie mogę." Zastanowił się Babulej I do Jeża rzekł już czulej: "Z tej krynicy wody ulej. Kiedy nią przemyjesz oczy, Wnet przed tobą się roztoczy Gładka droga. Idź nią żwawo, Byle w prawo, zawsze w prawo! Gdy dotrzymasz tego święcie, Spadnie z ciebie złe zaklęcie." Jeż uściskał Babuleja. "W tobie cała ma nadzieja"- Rzekł z wdzięcznością. Bez przeszkody Nalał w dłoń cudownej wody, Wodą plusnął sobie w oczy, Aż tu nagle się roztoczy Droga gładka, lecz zawiła: Cała we mgle się gubiła, Porośnięta przy tym była Migotliwą srebrną trawą. Jeż tą drogą ruszył w prawo. Szedł bez przerwy aż do zmroku, Nie zwalniając nawet kroku, Ani nie jadł, ani nie pił, Tylko chłodem się pokrzepił. Dziwne dziwy widział z lewa: Migdałowe kwitły drzewa, Kolorowych słońc ulewa Oblewała piękne place, Na nich domy i pałace, A w pałacach rajskie ptaki, A w ogrodach złote maki, A wokoło mleczne rzeki Zdążające w świat daleki. Jeża złudy nie skusiły. Wytężając wszystkie siły, Ciągle w prawo szedł po drodze, Pamiętając o przestrodze. I po stronie właśnie prawej Ujrzał Jeż rtęciowe stawy. Falowała rtęć srebrzyście I srebrzyła się faliście, I jaśniała uroczyście, Blask rzucając na wybrzeża, Na dal mroczną i na Jeża. Jeż przed siebie śmiało dążył, W żywym srebrze się pogrążył I przez rtęci śliskie fale Płynął silnie i wytrwale. Stoczył przy tym bój zajadły, Bowiem zewsząd go opadły Wygłodniałe, złe trytony, Ale on, niezwyciężony, Mieczem rąbał i wywijał, Aż je wszystkie pozabijał. Gdy Jeż stawy wreszcie przebrnął, Połyskiwał zbroją srebrną. Kroczył naprzód niestrudzony, Rtęcią złudnie posrebrzony, Miecz wyostrzył, jak należy, A gdy mrok się rozlał szerzej, Zszedł w Dolinę Nietoperzy. Czuł, że bój nie będzie błahy: Nietoperze z kutej blachy, Z metalicznym skrzydeł chrzęstem, Uderzyły rojem gęstym, Ćmy blaszane o północy Przyleciały do pomocy, A ze szczelin pełzły strachy, Nocne strachy z kutej blachy. Jeż odważnie się najeżył, Halabardą się zamierzył, Wpadł w sam środek nietoperzy I na oślep ciął z rozmachem Napastliwą groźną blachę. Ciem padały całe stosy, A on wciąż zadawał ciosy, Nietoperzy chmary tępił, Tarczę pogiął, miecz przytępił, Deptał blachę pokonaną, A gdy bój się skończył rano, Stwierdził Jeż swój tryumf świeży, Więc z Doliny Nietoperzy, W której posiał śmierć i trwogę, Wyszedł znów na gładką drogę. Mgła, jak zwykle, drogi strzegła, Droga prawą stroną biegła. A gdy świt był niedaleko, Stanął Jeż nad wielką rzeką. Nurt burzliwy i spieniony Tworzył wiry z prawej strony. Jeż to zoczył, lecz nie zboczył, Tylko w środek wirów skoczył. Płynął śmiało jak na połów, A gdy przemógł moc żywiołów, Ujrzał Wyspę Trzech Bawołów. Był na wyspie las potężny, Nie drewniany, lecz mosiężny, Z lasu, sadząc przez wądoły, Wyskoczyły trzy bawoły I ruszyły wprost na Jeża, Który dotknął już wybrzeża. Ziemia drżała, tratowana Przez bawoły. Gęsta piana Wystąpiła im na pyski, W ślepiach drgały krwawe błyski, A kopyta ich potężne, Nie zwyczajne, lecz mosiężne, I mosiężne wielkie rogi W sposób groźny i złowrogi Skierowały się na Jeża: Tylko bawół tak uderza. Jeż, do walki już gotowy, Wyjął z pochwy miecz stalowy, W bok uskoczył i zawzięcie Rąbnął mieczem. Straszne cięcie Zmiotło sześć bawolich rogów, Które spadły wśród rozłogów. Ich mosiężny dźwięk rozbrzmiewał, O mosiężne tłukł się drzewa I przez echo powtórzony, Brzmiał i grzmiał na wszystkie strony. A bawoły chyląc głowy Legły rzędem. Jeż stalowy Stał podparty halabardą I przyglądał się z pogardą Pokonanym swoim wrogom I mosiężnym wielkim rogom, Po czym w prawo ruszył drogą. Dziwne dziwy widział z lewa: Z białych skał sfrunęła mewa Trzepotliwa, śnieżnobiała, W dziobie złoty klucz trzymała, Kluczem skały otwierała, Otwierała złote bramy, Skarbce, zamki i sezamy. On szedł w prawo, ciągłe w prawo, Gardził złotem, gardził strawą, Szedł bez przerwy, aż do zmroku, Nie zwalniając nawet kroku. Ani nie jadł, ani nie pił, Tylko chłodem się pokrzepił. Kiedy tak przez piachy kroczył, Z pochwy naraz miecz wyskoczył I pofrunął w dal z łoskotem, Tarcza za nim w ślad, a potem Halabarda, mknąc przed siebie, Znikła szybko w nocnym niebie. Jeż oniemiał, Jeż się zdumiał, Ale zanim coś zrozumiał, Jakaś siła niebywała Nagle z ziemi go porwała I poniosła jak źdźbło słomy W świat daleki, niewiadomy. Jeż w niezwykłym swoim locie Widział gwiazd jarzących krocie, A pod sobą czarną chmurę, A przed sobą wielką górę Niebotyczną i wyniosłą - Do niej właśnie Jeża niosło. Jeż wytężył wyobraźnię, Wzrok wytężył i wyraźnie Widział teraz i miarkował, Że to Góra Magnesowa Z dali ciemnej się wyłania, Że jej siła przyciągania, Nieodparta i straszliwa, Stal unosi i porywa. Leciał Jeż jak srebrna kula, Brzęczał tak jak pszczoła z ula, Góra przed nim w oczach rosła Niebotyczna i wyniosła, Wreszcie gniewny i ponury Przylgnął Jeż do zbocza góry. Stał bezbronny, pełen trwogi, Magnes więził jego nogi I krępował wszystkie ruchy, Tak jak muchę lep na muchy. Chcąc się wydrzeć z tej niewoli, Jął poruszać się powoli, Jął powoli piąć się w górę, Nie zważając na wichurę. Szedł pięć godzin, aż o świcie Wreszcie znalazł się na szczycie. Był tam pałac z gwiazd wysnuty I był człowiek w złocie kuty I obuty w złote buty. A dokoła w barwnej śniedzi Stali ludzie z brązu, miedzi I z mosiądzu, i z ołowiu - Stali wszyscy w pogotowiu. Władca Góry Magnesowej Do zdobyczy swojej nowej Krzyknął: "Jam jest w złocie kuty I obuty w złote buty, Bezprzykładna dzielność twoja Ani pancerz, ani zbroja Nie uchronią cię przede mną. Ja mam taką moc tajemną, Że się tylko stalą żywię I na górze tej szczęśliwie Miedzią, brązem i mosiądzem Jak posłusznym ludem rządzę. Broń się, Jeżu! Mam ochotę Stal twą przebić ostrzem złotym!" Jeż zawołał: "Niech się stanie! Chodź, przyjmuję twe wyzwanie. Nie mam miecza ani tarczy, Ale igieł mi wystarczy!" Po tych słowach pięść zacisnął, Złoty rycerz tarczą błysnął, Błysnął złotym swym pancerzem, A gdy stanął tuż przed Jeżem, Porwał szybko w dłoń waleczną Złotą klingę obosieczną. Zawrzał bój. I brzęk metali, Naprzód złota, potem stali, Dookoła się rozlegał I wraz z echem w dal wybiegał. Nagle dopadł Jeż rycerza I straszliwa igła Jeża W pancerz wbiła się ze zgrzytem. Rycerz zachwiał się, a przy tym Krwi czerwonej kropla spadła, Krew trysnęła na wiązadła, Na napierśnik, na przyłbicę, Na stalowe rękawice. Właśnie krwi tej kropla świeża Złe zaklęcie zdjęła z Jeża. Pękła stal, przyłbica spadła I dziewczyny twarz pobladła Wyłoniła się ze stali, A tu stal pękała dalej, Opadała jak łupina - Wyszła z niej na świat dziewczyna Jawiąc wdzięki swe dziewczęce I dziewczęce białe ręce, I kibici kształt powabny, Obleczony w strój jedwabny. Rycerz patrzał ze zdumieniem, Podszedł, objął ją ramieniem I na jego pierś złocistą Łza jej spadła kroplą czystą. I - o Boże! - łza ta świeża Zdjęła czary złe z rycerza, Złoto spadło zeń. Okowy Władcy Góry Magnesowej Nie zdołały już się ostać I młodzieńca piękna postać Przed dziewczyną kornie stała, A dziewczyna promieniała, Biale ręce wyciągała. Świat spowiła mgła róźowa, W mgle tej Góra Magnesowa Rozpłynęła się, przepadła, Tak jak nikną złe widziadła I dokoła zaszła zmiana Niewidziana, niespodziana: Migdałowe kwitły drzewa, Kolorowych słońc ulewa Oblewała piękne place, Na nich domy i pałace, A w pałacach rajskie ptaki, A w ogrodach złote maki, A dokoła mleczne rzeki Zdążające w świat daleki. Cały bezmiar grał i śpiewał. Z białych skał sfrunęła mewa, Trzepotliwa, śnieżnobiała, W dziobie złoty klucz trzymała, Kluczem skały otwierała, Otwierała złote bramy, Skarbce, zamki i sezamy. A młodzieniec rzekł najczulej: "Zaczarował mnie Babulej, Zakuł w złoto swym zaklęciem, A ja jestem sławnym księciem, Dzielnym księciem Złotowojem, Właśnie jesteś w państwie moim." "A ja - rzekła mu dziewczyna - Jestem panna Klementyna, Pasierbica Mechanika - Śledziennika i magika. Ach, to złośnik jest nieczuły, Jego słowa mnie zakuły W stal okrutną, w postać Jeża, Który nie wie, dokąd zmierza." "Porzuć troskę nadaremną - Rzekł Złotowój. - Zostań ze mną. Mowie serca chciej uwierzyć, Pragnę z tobą życie przeżyć, Będziesz dobrą moją żoną, Szanowaną i wielbioną, Mieszkać będziesz w tych ogrodach, Wchodzić będziesz po tych schodach, Siedzieć będziesz na tym tronie, Jak przystało mojej żonie!" Klementyna się zgodziła, Była dobra, była miła, Z mężem dużo lat przeżyła W wielkim szczęściu i bez waśni - I to właśnie koniec baśni. Na ulicy Czterech Wiatrów Niedaleko Bonifratrów Do zachodnich ścian przytyka Sklep Magika Mechanika. Sklep, zamknięty na trzy spusty, Jest od dawien dawna pusty, Lecz przez szybę wystawową, Gdy do szyby przylgnąć głową, Widać wielką pajęczynę. Pająk wątłą swą tkaninę Utkał z nudów i z nawyku Dnia pewnego, w październiku.